CEL:

Pamiętam rok 2000, to był styczeń, siedzieliśmy z mamą i bratem przed telewizorem i czekaliśmy na wieści z Afryki, co słychać u taty. Powiem szczerze, że w tamtym momencie nie do końca zdawałem sobie sprawę czym jest Rajd Dakar. Podobnie zresztą mój młodszy brat. Wiedzieliśmy, że tata pojechał na zawody, ale w sumie często na nie jeździł. Myślę, że nasza młodzieńcza beztroskość oszczędziła nam wtedy wiele stresu i napięcia. Ostatecznie nie udało mu się dojechać tamtego rajdu w skutek awarii motocykla. Mimo wszystko wrócił do domu niczym bohater z dalekiej bitwy. Wtedy wiedziałem, że chcę robić to co mój tata, chcę spełniać swoje marzenia i któregoś dnia stanąć na mecie Rajdu Dakar.

PODRÓŻ:

Muszę przyznać, że szansa na rozpoczęcie startów w pustynnych rajdach przyszła dosyć niespodziewanie. Większość mojego życia trenowałem motocross, krótki czas poświęciłem enduro, ale był to raczej epizod. Motocross wypełniał moje życie i tak naprawdę nie myślałem o Dakarze. Dopiero kiedy pojawiła się szansa dołączenie do Akademii Orlen Team młodzieńcze marzenia na nowo się rozpaliły. Śmiało mogę przyznać, że wygrałem los na loterii wstępując w szeregi Akademii, bo było to trampoliną dla mojej dalszej kariery. W pierwszym roku startów skupiłem się na rozwoju, koncentrując się przede wszystkim na rajdach Cross-Country. Dzięki temu zdobyłem bezcenne doświadczenie, które następnie zaowocowało moim awansem. Dostałem szansę wystartowania w barwach głównego zespołu w rajdzie Maroka i wiedziałem, że taka szansa zdarza się tylko raz. Od tamtego czasu robię to co chcę w życiu robić, robię to co kocham.

Mój pierwszy Dakar, mimo niesamowite uczuć jakie mi towarzyszyły i przeżyć, to skończył się pechowo. Wyciągnąłem wnioski, zebrałem doświadczenie i zabrałem się do ciężkiej pracy, bo jak to się mówi „nic samo się nie zrobi”. Cały rok mocno pracowałem nad kondycją, szybkością co przynosiło wymierne efekty w postaci znakomitych wyników. Wiedziałem, że szansa na kolejny start w Dakarze jest blisko.

„Tak jest! Tym razem mi się uda” wykrzyknąłem kiedy dowiedziałem się, że znowu pojadę podbić Amerykę Południową. I już mówię co było dalej…

Przed wylotem coś tam czytałem, że niby pogoda słaba, że pada deszcz, ale drodzy Państwo. To co tam zobaczyłem przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Tam gdzie było 20 cm wody w rzece, momentalnie robiło się pół metra. Niestety taka historia przydarzyła mi się 2 razy i myślę, że spora część widzów widziała filmik na fejsbuku, gdzie tonę jak Titanic. Wtedy miałem ogromne szczęście, które zrekompensowało mi cały ubiegłoroczny Dakar. Motor był kompletnie zalany,  nie było możliwości jego uruchomienia. Na szczęście organizatorzy odwołali resztę odcinka. Nic by to dla mnie nie znaczyło gdyby nie dzień przerwy, który był następnego dnia, ponieważ bez niego nie mielibyśmy czasu naprawić fury. Kolejny moment zwątpienia pojawił się na piaskach Fiambali. Żar lał się z nieba, było ponad 50 stopni, a jeszcze trzeba było się ścigać. Za trasę odpowiadał Marc Coma, który zawsze słynął z tego, że świetnie nawigował. Jak możecie się spodziewać, trasa była tak ciężka pod względem nawigacji, że zadawałem sobie pytania „gdzie ja jestem? Co ja tu robię?”. Do tego wychodziły pomniejsze usterki z moim motocyklu, ale dałem radę, przezwyciężyłem swoje słabości.

Chociaż nie zawsze było tak ciężko. Muszę przyznać, że pierwszy tydzień rywalizacji, może nie był łatwy, ale jechałem już wiele cięższych odcinków. Między innymi dlatego pomiędzy zawodnikami były bardzo małe różnice czasowe. Także rajd Dakar to prawdziwa sinusoida, jak pod górę, a raz z górki.

ZWYCIĘSTWO:

16.01.2016 meta rajdu Dakar w Rosario. Po 15 najcięższych dniach w moim życiu dotarłem do miejsca, które kiedyś sobie wymarzyłem. Niesamowicie zmęczony, na tyle zmęczony, że nawet nie mam siły się cieszyć, nie docierają do mnie żadne myśli, oprócz jednej, w końcu mogę odpocząć. Po kilku dniach, gdy emocje opadły, zacząłem zdawać sobie sprawę z tego czego dokonałem, dojechałem do mety najtrudniejszego rajdu na świecie z doskonałym rezultatem jakim jest 20 miejsce, najwyżej z Polaków, a na niektórych odcinkach nawiązywałem walkę z pierwszą dziesiątką. Ale najważniejsze jest to, że kiedyś podjąłem wyzwanie, osiągnąłem cel i spełniłem swoje marzenie.

KIN_4098 kopiuj